Triads Inc.

Happy Black Friday cz. III (w głowie Rylian)

Panika, fajerwerki i (prawie) Smiley

Serio mocno bałam się o White… Miałam przy sobie króliczą łapkę, którą zabrałam ustrzelonym przez Nualę zwłokom. Dam ci łapkę głupi magu, tylko żyj – myślałam – nie chce szukać kolejnego maga… Nieeeee… Szybko jednak otrzeźwiła mnie zgoła inna myśl: kurwa, nie zastrzelę trzech rosłych chłopa, którzy pilnują pod drzwiami. W sensie dwóch rosłych chłopów i jednego bardzo®osłego orka. Umówmy się – jestem sporą cipką jeśli chodzi o starcia na broń czy wręcz, czy w ogóle jakieś inne oprócz słownych. No, ewentualnie łóżkowych. Myślałam gorączkowa. Ha! Panic mode on! Nic tak nie działa, jak spanikowana kobieta potrzebująca ratunku. Zaczęłam drzeć się w niebogłosy i walić pięściami w drzwi. „Ratunku, mordują! Gwałcą i co ino!” Czasem aż imponuje mi mój własny spryt. Jak już zaczęli mnie ratować to pokapowałam, że równie dobrze mogłam im pokazać zwłoki ich maga, ograbione już z króliczej łapki. Byliby w idealnym miejscu do strzału. No, ale cóż. Może Nuala miała już inne zajęcia wykraczające poza ratowanie mojego dupska. I skończyło się tak, że panowie mnie pilnowali, a ja udawałam, że bardzo chcę być pilnowana. Tymczasem ekipa dobrała się do obiecanych Jimmiemu chipów AGD, ale jestem pewna, że jak już palą i grabią to na tym się nie skończy. I dobrze. Co im… hmmm… nam szkodzi!
Jako, że wszędzie była ogólna rozpierducha potrzebowaliśmy jakiegoś wsparcia. Pilnie. Ja, na bogów, przy mojej obstawie niestety nie byłam nijak w stanie się targować. Zastąpił mnie Elmerson. Zdążyłam tylko szepnąć: stary, jesteś negocjator jak z koziej dupy trąbka. Obiecał Zbigowi i Georgowi takie same stawki jak nam. Mózg mu potłukło. Bankowo jakaś gaśnica spadła, jak wciskał w nią plastik. Nigdy, przenigdy nie widziałam tak niemerytorycznej papli w opresji – niewiele brakowało, a zacząłby opowiadać, który ma lvl w jakiej grze.
Warford wtargnął do mojego przydupnika, w którym siedziałam, cały czas dobrze chroniona przed niebezpieczeństwami tego świata. Długo nie trwało, a moi ochroniarze postanowili mnie bezceremonialnie opuścić i rozstać się z życiem. A drużyna zaczęła rabunek właściwy.
Co takiego można znaleźć w magazynach przed czarnym piątkiem? Odpowiedź właściwa to… Uwaga, uwaga… Broń! Dużo dobrej broni! Ależ wszyscy są radośni. Oprócz mnie, bo oczywiście za bardzo nie wiem, jak się tego używa. Tak sobie beztrosko przebieraliśmy ich dobrach, aż otrzeźwił nas dźwięk wirników i ryk motorówki. Kurwa, desant z powietrza! Ark zapytał przytomnie: „Hmm.. czy ktoś ma może rakietnicę?” Jakoś tak się złożyło, że tym razem nikt jej nie zabrał. Smutno.
Trzeba wiać, a co jeszcze ciekawsze, trzeba wywalić w kosmos cały magazyn. Z taktem i stylem. Zatroszczyłam się więc o fajerwerki, żeby nie było nudno.
W motorówce, którą szczęśliwym trafem ukradli skądś Zbig i George, White doszła trochę do siebie. Ciągle mamrocze o kawie z cukrem, kawie z cukrem i whisky, whisky z cukrem i o cukrze. Będzie żyła. Dopłynęliśmy tam, gdzie starczyło łódce benzyny i wysiedliśmy na slumsach Bronxu. Nice help.
Nikt normalny nie błąka się po tej dzielnicy. Pojazdu nikt normalny tu też nie wezwie, bo zanim dojedzie to zniknie… Bywało lepiej. Gorzej, z drugiej strony, też. Próbowałam początkowo nawigować, ale okazało się, że z moim wyczuciem kierunku na pewno doszlibyśmy GDZIEŚ, ale nie koniecznie tam, gdzie powinniśmy.
W drodze przez kliki jest brud, szlam i jeszcze gnój. Ludzie wyglądają tu przedziwnie, zachowują się jeszcze dziwniej. Wszystko jest biedne, brudne i wręcz odrealnione.
W przypływie dobrego nastroju postanawiam poprosić Warforda o podwózkę. Jeździliście kiedyś na trolu? Jak nie – polecam.
Docieramy do miejsca przeznaczenia – do biurowca MegaMart. I coś nie gra. Powinna być tu jedna wyprzedaż, a są dwie. W dodatku konkurencyjne… Zaraz z tłumu wyławia nas ochrona (mieli łatwiej, bo jechałam na trollu) i prowadzi do biurowca. W windzie musiałam zleźć z Warforda. Nie zmuszał mnie, ale przywaliłam głową w sufit. Zatrzymaliśmy się na ostatnim piętrze – szycha. Za biurkiem, w obszernym, przeszklonym gabinecie siedział Smiley. Ale jakiś dziwny. A JEDNAK NIE SMILEY! Po paru chwilach byłam pewna, że to tylko nanomaska. Kurwa, dalibyście nam chwilę sapnąć… Zanim zdążyłam jednak coś powiedzieć, szepnąć choćby słowo protestu, nasz półżywy mag wywalił stunbolta prosto w krzaki za nieSmileyem. Poskutkowało to tylko tym, że z zza nich wyszło czterech rosłych facetów. Z braku innego wyjścia przyłożyłam spluwę spluwę do głowy nieSmileya. Szlag, jak się tym strzela?!

Comments

g0trrI d00mka

I'm sorry, but we no longer support this web browser. Please upgrade your browser or install Chrome or Firefox to enjoy the full functionality of this site.